- Smażone kiełbaski królewskie za dukata!
- Król nie żyje!
- Smażone kiełbaski anarchii za dwa dukaty!
v
W królestwie Veicor niezmienne do tej pory były tylko trzy rzeczy: Konieczność płacenia podatków, król oraz coroczny Festiwal Tańczącego Śledzia.
Liczba niezmienności musiała pozostać niezmienna, jako że w przeciwnym wypadku równowaga świata ledwo magicznego zostałaby zachwiana, mszcząc się kacem losu.
Jednakże ktoś zapomniał o tym powiedzieć sprawcy zmiany wszystkich trzech.
Tym razem egzystencjonalna migrena znalazła swą ofiarę w Leonie.
Leon znał się na magicznych kiełbaskach prawie tak samo dobrze jak na ludziach. Choć zazwyczaj ci drudzy nie zmieniali kolorów w zależności od kąta padania słońca i odpowiednio przechowywani nie mogli służyć za rozpałkę do grilla. A i takie czasy widziały oczy królestwa.
ROZDZIAŁ I
TERAZ
- Słyszałeś wieści, Leon? - z odległości dwudziestu metrów wołał do Leona kowal Padre, jednocześnie biegnąc w jego stronę. Padre nie zważał na powszechnie przyjęte zasady kulturalnego poruszania się po drogach. Nie musiał. Był duży. Był duży i opancerzony.
Padre miał także niezwykle czuły słuch, który pomagał mu podsłuchiwać najnowsze plotki i kuć najlepsze narzędzia w królestwie.
Jeśli jednak ktoś chciałby odnaleźć punkt orientacyjny na męskiej sylwetce skrytego podsłuchiwacza, to nie byłyby to jego krótkie blond włosy, kwadratowa szczęka czy kuźniczy fartuch, skrywający noszony zawsze puklerz. Bezapelacyjnie musiały to być jego nieśmiertelne, różowe bambosze w kształcie króliczków, promieniujące swym barwnym niekonwencjonalizmem w letnim świetle.
Kowal z reguły cieszył się szacunkiem i poważaniem wśród miejscowych, lecz gdy biegł, a bambosze były używane w warunkach ekstremalnych, woleli zejść mu z drogi. Bądź co bądź, musiały one poruszać ponad dwa i pół metra mięśni i seksapilu, który nieużywany magazynował się w nieznanych nikomu miejscach.
Widząc biegnące, różowe punkty terroru ulicznego, wszyscy rozbiegali się co prędzej na boki. Co poniektórzy obawiali się nawet zarażenia modą na różowe kapcie, lecz stanowcza większość po prostu nie chciała stać się kolejnym wgnieceniem na puklerzu. Kapcie nie cieszyły się zaufaniem w kwestii przyczepności i drogi hamowania.
Kowal był także jedyną osobą wiedzącą o praktykowaniu magii przez Leona. - Leon, słyszałeś?! - wydarł się na całe gardło, gdy już podbiegł do wózka z napisem „Tęczowe smaki Leona”.
- Tak. Tak, słyszałem najnowsze wieści. - odpowiedział Leon wysuwając się jednocześnie zza wózka z kiełbaskami, który służył mu za mobilny kram, a jeszcze przed chwilą także za tarczę.
Leon także ufał przyczepności kapci.
- I nie, nie chcę abyś mi je jeszcze raz opowiadał. Wystarczy że zrobiło to moich dwudziestu klientów. Zastanawia mnie tylko czy ci krwiopijcy z Urzędu Skarbcowego każą mi oddać podatki za dzisiejszy utarg. Zawsze twierdzili, że to na potrzeby królewskiego skarbca. Dzisiaj nikomu nie wcisną tego kitu. - zamyślił się drapiąc swą bródkę. - Może uda się ich zwieść jakąś przekąską.
Leon był ubrany w swój roboczy kostium, z wyszytą na piersi, parującą małymi tęczami kiełbaską. Schludne, kruczoczarne włosy sięgały mu do ramion w uporządkowany sposób, powodujący zazdrość nawet u kobiet z wyższych sfer. Smukła twarz, zakończona krótkim zarostem, budziła zaufanie. Natomiast wzrostem nieznacznie przewyższał przeciętnego mieszkańca Veicoru, jednakże mimo to nadal mając tors Padrego na wysokości oczu. Jego cechą charakterystyczną były, zarówno z koloru jak i samego wyglądu, ognisto czerwone oczy.
- Następca tronu na pewno będzie zainteresowany twoimi gorącymi kiełbaskami. - powiedział Padre przebierając wśród wózkowych dóbr.
Gdyby Leon nie mieszkał tu od dziecka pomyślałby, że uosobienie chaosu w różowych kapciach sobie z niego żartuje; jednak nauczył się, że dla tutejszych ludzi, a szczególnie dla Padrego, pojęcie sarkazmu było tak samo obce jak stwierdzenie „Chodź na jednego”.
- Problem w tym że król Świętoświr nie miał syna - stwierdził Leon układając z powrotem poprzewracane przez kowala sosy.
- Przecież zawsze mieliśmy króla. Na pewno mają jakiegoś zapasowego na czarną godzinę. - odparł. - Nie zostawiliby tak tego.
- Królowie to nie przekąska, którą trzyma się pod łóżkiem na później.
Na twarzy olbrzyma można było zauważyć zalążki ślinotoku zainicjowanego hasłem „przekąska”.
- Więc kto będzie nami rządził? - spytał, jednocześnie ścierając ślinę z ust oraz kuźniczego fartucha.
- No właśnie. Kto? - zapytał retorycznie.
Od czasu „Wojny świateł”, lub „Wielkiej rozpiździawy”, jak to mawiają po paru głębszych, rządziła tym miastem ta sama rodzina. I choć nie jest to wiedza powszechna, to wszystkie cztery królestwa kontynentu są rządzone przez te same rody niezmiennie od ponad dziewięciuset lat.
- Może wprowadzimy demokrację albo stworzymy pierwszą republikę? - zagadał Leon, sprzedając jednocześnie parówki kolejnym osobom zmierzającym na główny rynek.
- Chofu uchyfasz chyfnych szóf. Szo mach na mychli? - zapytał niewyraźnie, wpychając jednocześnie w siebie zawłaszczoną, darmową paróweczkę.
Leon już chciał coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Właśnie w tym momencie przypomniał sobie jak trudno jest wyjaśnić coś złożonego, w bardzo prostych słowach, tak aby zrozumiał to nawet najprostszy umysł.
- Wyobraź sobie że pani domu robi twoje ulubione ciasto z nadzieniem. - zaczął. - Ale zanim je zrobi pyta się domowników jaki by chcieli smak. Wówczas ten, który ma najwięcej chętnych zostaje wybrany do upieczenia. - na twarzy Padrego widać było zmieszanie oraz ślinę.
- A jeśli ciasto będzie kiepskie, ponieważ pani domu nie potrafi dobrze kuchcić? -zapytał Padre.
- Wybieramy nową, która lepiej kuchci.
- Ludziom to się chyba nie spodoba - odparł spod nosa.
- Dlaczego? - spytał Leon - Wreszcie będą mogli dostać dokładnie to, czego chcą.
- Sam mi mówiłeś że ludzie nie lubią trzech rzeczy: Święta Tańczącego Śledzia, niewywiezionych śmieci oraz zmian. - odpowiedział tonem, który uważał za filozoficzny.
- Zmiany już nastąpiły, a trzeba jakoś zastąpić króla Świętoświra. W dodatku zapomniałeś o zwietrzałym piwie.
- Niby prawda. W końcu, co złego może się stać ? - odparł przekonany słowami Leona. - A czy mógłbyś…
- Jutro upiekę ci ciasto przepisu pani Róży. Przynajmniej tyle dobrego wynikło z pracy u niej.
- Dżęky - zadowolony kowal wpychał w siebie trzy tęczowe parówki naraz.